11 grudnia

Co ja tu robię?


Już od prawie trzech miesięcy staram się zrozumieć i pojąć kulturę Holandii. Dzielnie uczę się też tutejszych konwenansów, zwyczajów, zasad. I nie jest łatwo.


Wcześniej bywałam już w tym kraju, obejrzałam kilka miejsc. Po pobycie kilkudniowym czy nawet kilkutygodniowym, Holandia cały czas jawiła mi się jako kraj, jaki znałam na podstawie powszechnych stereotypów. Tolerancja, wiatraki, kanały, świetny angielski - ot, wszyscy tak widzimy Niderlandy. Zderzenie z rzeczywistością było dość zaskakujące. Czasem nawet mam wrażenie, że kultura holenderska jest dla mnie prawie tak egzotyczna, jak kultura Japonii czy Korei Południowej. Często instynktownie nie wyczuwam, jak w danej sytuacji powinnam się zachować, muszę raczej wystudiować właściwe reakcje. Bo dla mnie np spontaniczne zaproszenie spotkanych rano sąsiadów: 
- to wpadnijcie dziś wieczorem na kawę!
jest naturalne. W Holandii jest jednak niedopuszczalne. Tu należy odpowiednio wcześniej wystosować zaproszenie, inaczej popełniamy faux pas.

Już w momencie, kiedy podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu przygody w kraju wiatraków, zetknęliśmy się z pewnymi ciekawostkami. Czy słyszeliście może o pasie biblijnym? My prawie zamieszkaliśmy w miejscowości, gdzie ortodoksyjni protestanci wprowadzili zakaz gry w piłkę w niedziele, bo jest to dzień przeznaczony na modlitwę. Kobiety nie pracują zawodowo, ubierają się na czarno, spodnie nie wchodzą w grę, dla pań obowiązkowym strojem jest spódnica. A władze borykają się z problemem powszechnej odmowy szczepienia dzieci. Tak, tak, to właśnie Holandia, kojarząca się wszystkim jedynie z coffee shopem czy małżeństwami homoseksualnymi.

Szybko się dowiedzieliśmy, że Amsterdam i reszta Hoalndii to pod wieloma względami dwa światy. A my zwykle mówiąc "Holandia" myślimy właśnie o Amsterdamie. Może inna, nieholenderska jest jeszcze Haga. To z kolei miasto prawadziwie wielokulturowe, gdzie sklep tajski sąsiaduje ze sklepem nigeryjskim, a miasto zdominowane jest przez tzw. ekspatów. 

Holandia kojarzyła mi się zawsze z tolerancją, ale też bezpośredniością i wyluzowaniem. Nic z tych rzeczy. Cóż, bezpośredni to może Holendrzy i są. Dzisiaj udałam się do urzędu miasta, żeby dopełnić obowiązkowi meldunkowemu. Okazało się to dość skomplikowane. W skrócie powiem, że dzieci musiałam zaciągnąć ze sobą, bo muszą być obecne w tej wiekopomnej chwili złożenia wniosku meldunkowego. Tak wypadło, że audiencję wyznaczono nam wtedy, kiedy Maluszka udaje się na drzemkę, tak więc, delikatnie mówiąc, cieżko znosiła wizytę w urzędzie. A że płuca ma mocne, wydawała z siebie dość głośne dźwięki. Ja musiałam wypełnić dość długi wniosek (niestety nikt tu nie wpadł na pomysł, żeby formularz udostępnić na stronie internetowej). I po około dwóch minutach krzyków Maluszki zjawił się jakiś holenderski urzędnik dobitnie stwierdzając:
- We are working here. Do something with your child.
Wyjaśniłam więc panu, że ja też się cieszę, że go widzę, miło go poznać i jestem ogromnie szczęśliwa, że dostąpiłam zaszczytu zamieszkania w jego kraju i wizyty w urzędzie i że uznaję to za zaszczyt, że zaprosili też na obowiązkową wizytę moje dzieci.

Wyluzowanie? Po przyjeździe szybko poznaliśmy zasadę numer jeden: nie spóźniaj się. A jeśli przychodzisz o czasie, to znaczy, że już się spóźniłeś. Fajne? I tak w domu, do którego mieliśmy się wprowadzić nie działał piec. Umówiłam się na 8 rano na oględziny urządzenia przez specjalistę. Wiedział, że mam przyjechać z hotelu z innej miejscowości, że przez poranne korki przedzierać się będę z dwójką małych dzieci. Pod domem byłam o 8:04, a pan mechanik wsiadał już do samochodu, a w skrzynce na listy zostawił już wiadomość, że nikogo w domu nie zastał. Uff, tym razem udało się pana ubłagać, żeby mimo tego znacznego spóźnienia, przebaczył mi i spojrzał na nasz piec. Zabawne jest też uczucie, którego L. czasem doświadcza po wyjściu z pracy. O 20:28 zjawia się na przystanku, autobus rozkładowo ma odjechać o 20:30, jednak L. dobiegając na przystanek widzi już tylko pojazd oddalający się w ciemności. Następny autobus za godzinę... Autobus kilka minut przed czasem to codzienność.

Tu chcę też zaznaczyć, że przed przyjazdem byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do przeprowadzki do Niderlandów. Mimo, że na początku spotkało nas kilka niefajnych sytuacji, są też i miłe chwile i staram się zrozumieć nową dla mnie kulturę, a nie uprzedzać się. Ludzie jak wszędzie, są różni. I tak staram się uciec jak najdalej, kiedy pani kasjerka w naszym supermarkecie próbuje mnie zabić wzrokiem za każdym razem, kiedy stawiam się przy kasie, ale z drugiej strony wzruszam się prawie do łez, kiedy kierowca autobusu szkolnego zbiera wszystkich małych pasażerów, w tym naszego Maluszka i zajmuje się dziećmi jak własnymi wnukami.

Czuję, że jeszcze sporo nauki przede mną. A jako lekturę obowiązkową polecam księżkę, którą "pochłonęłam"w ostatnich dniach: Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie  Beaty Chomątowkiej. Świetne holenderskie obserwacje z perspektywy lokatorów mieszkania studenckiego.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger