02 lipca

W grupie siła!

Wiele wcześniej czytałam o współpracy w wydaniu holenderskim. Naród, który swój kraj wyrwał czy raczej wyłowił z wody, musi polegać na pracy kolektywnej. Holendrzy od wieków walczą z żywiołem wodnym, a ich sukces zależy od dobrej kooperacji mieszkańców. Trochę to banały, ale tak właśnie kształtowało się to społeczeństwo. Holendrzy muszą dojść do konsensusu, muszą współdziałać. Problemy są zawsze przedmiotem dyskusji, nawet wykłady na uniwersytetach podobno bardziej przypominają debatę, niż monolog, do których przyzwyczaiły nas polskie uczelnie.


Holendrzy udzielają się też społecznie i pracują na rzecz swojej społeczności. W szkołach matki pomagają na stołówce w dopilnowaniu dzieci w czasie obiadu. Kiedy dzieci zaczynają uczyć się czytać, matki przychodzą do szkoły i przez 2-3 godziny dziennie pracują z dziećmi, bo nauka bardziej efektywna jest w małych grupach.

Nie zdziwiło mnie więc, kiedy niedawno opiekunka w przedszkolu Maluszki oświadczyła, że koniec roku tuż tuż i trzeba zrobić generalne porządki w sali. W związku z tym zaprosiła wszystkie matki na wieczorne mycie zabawek. I nieważne jaki zawód wykonuje matka, jak zamożna to rodzina, wszystkie stawiły się tłumnie z wiadrami i ścierkami.

Już wyobrażam sobie reakcje niektórych rodziców w Polsce. Nie po to płacę za przedszkole, żeby jeszcze sprzątać, złóżmy się na sprzątaczkę, czasu nie mam, pracuję...

Ale tu nie o pieniądze chodzi. Jestem pewna, że niejedna z tych matek sama mogłaby opłacić sprzątanie całego przedszkola. To zamożne społeczeństwo. Tu raczej chodzi o współpracę, o poczucie, że coś robimy dla społeczności. Nasze wszystkie dzieci korzystają z tych zabawek, więc zróbmy coś dla nich.

Tak więc wieczór spędziłyśmy przy kawie i herbacie, ale i ze ściereczkami w rękach.

Ale jak to w Holandii, łyżka dziegciu w beczce miodu zawsze się znajdzie. W naszej grupie najliczniejsi są Holendrzy, ale było też kilka matek z innych krajów. Ja ze swoją ściereczką wylądowałam wśród kilku autochtonek. I mimo, że wszystkie, jak każdy szanujący się Holender, po angielsku mówią płynnie, żadna z nich nawet na chwilę w rozmowie nie przeszła na ten język. Szybko więc, wyizolowane nieco ekspatki, zawiązały własne kółko dyskusyjne. Jedynym punktem łączącym obydwa światy były przedszkolanki.

Cóż, pomimo współdziałania w pracach społecznych, to społeczeństwo i tak pozostanie zamknięte dla przybyszów. Szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger