11 sierpnia

No to Febo!???



Holandia to nie jest kraj dla smakoszy. Jakby na to nie patrzeć, nie i koniec! Na śniadanie chleb posypany cukierkami, wszechobecne potrawy smażone na głębokim tłuszczu, chleb jak wata z całą gamą dostępnych na świecie ulepszaczy, polepszaczy, spulchniaczy i co tam jeszcze chemicy wymyślili.


A jak wygląda tzw. street food? To jest dopiero ciekawostka. Kiedy głodny Holender ma ochotę coś przegryźć na mieście, kupuje febo, po nocnej imprezie - febo, w podróży - febo. Na stacjach benzynowych przy autostradzie też często nie ma co przegryźć, z wyjątkiem febo. Przyznam się, że wobec wszechobecnego zagrożenia ze strony febo w podróż nie wyjeżdżamy bez domowych kanapek.

Febo to coś w rodzaju krokietów,  ale nie takich jak w Polsce, tylko zbliżonych do spotykanych we Francji czy Hiszpanii. Ale oczywiście diabeł tkwi w szczegółach. Febo to gruba skorupa z panierki, a w środku wszystko, co wyobrażenia przywodzi na myśl, z wyłączeniem rzeczy zdrowych. Czyli kawałki kiełbasy, makaronu, tłustych serów, sosów wszelakich. Ale nawet nie to jest najgorsze. Febo umieszczone są w automatach podobnych do tych z napojami czy batonami. Każdy krokiecik znajduje się w specjalnej przegródce - mini kuchence mikrofalowej i po wrzuceniu monety wybrany egzemplarz jest szybko podgrzewany i ot, posiłek gotowy.

Czy można wyobrazić sobie coś gorszego???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger