24 października

ZOO w Rotterdamie, czyli wspomnienie lata




Lubię odkrywać nowe miejsca. Ciekawość świata zwykle spycha mnie z dobrze znanych ścieżek na drogi mniej uczęszczane, czasem nietypowe, inne. To u mnie, i na szczęście mogę też napisać, u nas w rodzinie, zjawisko wielowymiarowe. W podróż poślubną nie pojechaliśmy do luksusowego kurortu, ale do Iranu. Kiedy byliśmy już, według utartych standardów, na dobrej drodze do stworzenia wzorowej rodziny: mieszkanie, dzieci, dobra praca na etacie, rzuciliśmy to wszystko i mieszkamy to tu, to tam. A to południe Europy i duże miasto, a to północne rubieże kontynentu i małe miasteczko. Tak mamy.



Kiedy pracowałam w Warszawie zazwyczaj wybiegałam z pracy w pośpiechu, żeby zdążyć na zajęcia z baletu na Moliera. Ale kiedy nadchodziło lato i popołudnia miałam wolne, lubiłam wracać z pracy pieszo. Z okolic warszawskiej Palmy maszerowałam na Ochotę. I za każdym razem inną drogą. Spacer czasem zajmował mi więc dobre dwie godziny, ale ile uroczych zakątków można było ujrzeć.

W Holandii mam z tym problem. Często szukam nowych dróg, ale rzadko odkrywam coś nowego. Tu wszystko jest tak bardzo podobne do siebie: kanał, szeregowce z cegły, malutki dopieszczony ogródek... Nawet ciężko odkryć mały sklepik, bo w dziedzinie żywności dominuje Albert Heijn i kuzyni.

Ponadto mój zapał do odkrywania nowych miejsc ma swoje ograniczenia. Są miejsca, bez odwiedzenia których spokojnie mogę żyć. Taki Hamburg. Nie byłam i nie wybieram się. Podobnie jest z Rotterdamem. Przyjeżdżając do Holandii nie ciągnęło mnie w te rejony. Część przewodników zachwala, w tym Lonely Planet krzyczy: musisz zobaczyć tą fascynującą architekturę. Ale odkąd Tony Wheeler pożegnał się z Lonely, przewodniki nie są już takie same. Nie uwierzyłam więc w cud Rotterdamu. I słusznie. Mimo braku zapału do odwiedzenia tego miasta i tak musiałam tam pojechać. I powiem szczerze, omijajcie szerokim łukiem. Miasto miało to nieszczęście, że zostało zrównane z ziemią w czasie wojny i niestety nic ciekawego nie powstało na gruzach. Betonowa dżungla.

Tu wreszcie dochodzę do sedna, o wyspie w dżungli rotterdamskich wieżowców, czyli ZOO. Jeśli podróżujemy po Niderlandach z dziećmi, myślę, że warto pomyśleć o wizycie w rotterdamskim ogrodzie zoologicznym. My zwiedzaliśmy we wrześniu, przy pięknej letniej aurze, o której można tylko teraz pomarzyć.

Bardzo duży obszar i kilka naprawdę mocnych punktów.  Wymienię tylko kilka:
- symbolem rotterdamskiego ZOO jest żyrafa i zwierzęta te prezentują się świetnie, duże stadko tych pełnych gracji i fotogenicznych zwierzaków oraz wspaniały wybieg;












- oceanarium z prawdziwego zdarzenia, w tym podwodny tunel;



- pawilon Amazonia, zwłaszcza ogromne motyle;







- można też z krokodylem stanąć oko w oko (na szczęście z udziałem szyby) i podziwiać wiele innych wspaniałych zwierzaków.











Wstęp nie jest tani - dorosły płaci 21 euro, dziecko w wieku 3-12 lat 16,50. Przy zakupie biletów przez internet jest troszkę taniej.

Strona ZOO: www.diergaardeblijdorp.nl


1 komentarz:

  1. :) Też byliśmy w tym ZOO z dziećmi.
    Swoje wspomnienia, opatrzone zdjęciami, również umieściłam na swoim blogu:
    www.dzieciakiwiatraki.wordpress.com

    Twoje zdjęcia są przepiękne! Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger