21 września

Leczenie po holendersku

Po przeprowadzce do Holandii każdy przeżywa moment szoku, zdziwienia, później zwątpienia, ale w końcu trzeba się przyzwyczaić. Mowa oczywiście o holenderskiej służbie zdrowia. Legendarne już są opowieści o leczeniu chorób wszelakich paracetamolem. Ale po kolei.


W Holandii każdy musi być zapisany do lekarza rodzinnego. Bez tego ani rusz, gdyż to lekarz rodzinny jest naszą przepustką do specjalistów, badań, pomocy weekendowej. Po przyjeździe raźno ruszyłam więc do wyboru lekarza dla nas. Przestudiowałam listę lekarzy w naszej okolicy, przeanalizowałam opinie w internecie, sprawdziłam lokalizację gabinetów. Nareszcie świetnie przygotowana chwytam za telefon i spora niespodzianka: zapisy otwarte są tylko u jednego lekarza. I tyle było ze swobodnego wyboru. Zmienić później jest dość ciężko, bo 'porzucając' dotychczasowego lekarza trzeba mieć jego zgodę na przeniesienie i oczywiście zgodę od nowego na przyjęcie. My jednak mieliśmy spore szczęście, bo nasza lekarka jest 10 minut spacerkiem od domu i jest całkiem sympatyczna (jak na holenderskie standardy, rzecz jasna). Z dentystą procedura jest podobna, tyle, że tu nie mieliśmy szczęścia, bo blisko może i jest, ale to tylko tyle. Do tego u dentystów obowiązują ceny urzędowe, więc o konkurencji jakości usług mówić ciężko.

Wracając do lekarzy, rzeczywiście na wizytę nie czeka się zbyt długo, jeśli sprawa pilna, to i wizyta natychmiastowa. Ale kiedy moja córeczka miała przez 3 dni wysoką gorączkę i wysypkę, pani recepcjonistka stwierdziła, że wygląda to (w zasadzie brzmi to) na typową chorobę wieku dziecięcego i nie ma konieczności konsultacji lekarskiej. Kiedy sama walczyłam z gorączką ponad 39 stopni, również pani recepcjonistka stwierdziła, że taki stan utrzymujący się przez 4 dni to jeszcze nie powód  do odwiedzenia lekarza i kazała mi jeszcze poczekać. Jedyna porada: paracetamol!

Porody to też dłuższa opowieść. Twarde Holenderki rodzą w domach bez znieczulenia. Tylko nadwrażliwe ekspatki żądają porodu w szpitalu, mięczaki! Ale nawet taki poród w szpitalu to trochę inna bajka niż w innych krajach. Przede wszystkim, kiedy dziecko się urodzi, poród się kończy, czas więc iść do domu i zająć się dzieckiem i pracą. Tak więc ze szpitala wychodzi się około 3 godz. po porodzie. Cóż, jesteśmy w kraju protestanckim, przetrwają najsilniejsi. Sporo moich koleżanek jeździ więc rodzić do szpitali w Belgii.

Uczciwie muszę jednak stwierdzić, że pewne plusy tutejszej służby zdrowia dostrzegam. Po pierwsze, często recepcjonistka odmawia wizyty, ale jeśli jednak stwierdzi, że jest ona konieczna, to czekać nie trzeba. Nawet kiedy w weekend jedzie się do dyżurnego lekarza rodzinnego w okolicy lub do szpitala, wizyta jest wyznaczana w przeciągu godziny. Tu nie ma tłumów oczekujących na izbie przyjęć. Po drugie, nie wiem, co jest lepsze, czy holenderskie leczenie paracetamolem, czy polskie łykanie leków całymi garściami. Przeraża mnie zawsze ilość grypeksów, ferweksów i czego tam jeszcze, zjadanych przez znajomych w Polsce. Dla mnie czosnek, imbir i miód czynią cuda.

A jako ciekawostkę chciałam pokazać film, który ostatnio widziałam na telebimie w poczekalni u mojej lekarki. Obcokrajowców u niej dużo, więc trzeba ich przygotować na spotkanie z holenderskim system. Na tym filmie najbardziej podoba mi się zdanie: Body scans, annual exams can do more harm than good. Witamy w Holandii!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger