05 października

Pocztówka z wakacji - Mont Saint Michel




Przedstawiać chyba nikomu nie trzeba. O ile mnie pamięć nie myli (choć czasem ostatnio z nią ciężko), po wieży Eiffla to najczęściej odwiedzane miejsce we Francji. Znane pewnie wszystkim, ale i tak parę słów napiszę. A co, byłam, to się pochwalę :)


Wysepka położona jest w Normandii, ale wysepką jest tylko w wybrane dni roku. Wszystko zależy od przypływów i odpływów. Tu gwoli sprawiedliwości dodam, że odcięta zupełnie od lądu jest bardzo rzadko, podobno 53 razy w roku i tylko na kilka godzin. Ale chyba właściciele rozlicznych biznesów na wyspie i tak stwierdzili, że to zbyt duża izolacja od napływających turystów i w ubiegłym roku wybudowano nową drogę dojazdową do wyspy. Teraz już tłumy mogą przybywać o każdej porze dnia i nocy.

Tu przerwę na chwilę opowieść o Mont Saint Michel. Otóż jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć spektakl pt. "Przypływ - odpływ" to polecam inną wyspę we Francji, nieco bardziej na południe. Île de Noirmoutier w departamencie Wandea połączona jest z lądem asfaltową drogą, która jednak jest codziennie zalewana przez ocean. Zanim wjedziemy na ową groblę, należy sprawdzić, kiedy będzie przypływ. Jeśli się zacznie, uciec już nie ma szans. Należy się schronić na jednej z kilku wież ratunkowych, ale po samochodzie pozostanie nam już tylko wspomnienie. 

Koniec dygresji, powracam do Normandii. Wyspę Mont Saint Michel wraz z sanktuarium zobaczyć bardzo chciałam, ale jechałam z nieco mieszanymi uczuciami. Turystozy nie lubię, a w powietrzu czułam jej coraz więcej wraz z pokonywanymi kolejnymi kilometrami. Kempingwozy, przyczepowozy, motory, autokary, rowery i co tam kto chce. Wszyscy podążają w jednym kierunku. Zajechaliśmy na parking i mina coraz bardziej mi się wykrzywiała. Ogromny teren, a tam zderzak przy zderzaku. I jeszcze 1800 m drogi do pokonania od parkingu. Dystans nieludzki, więc wszyscy pakują się do autobusów wahadłowych. 

A my nie. Tak, może nawet i z przekory postanowiliśmy przejść na piechotę (z bagażami, ale o tym później). I wreszcie ujrzałam JĄ. Magiczna, majestatyczna, przepiękna. Wraz z każdym krokiem na tej 1800-metrowej drodze cieszyłam się jak dziecko (razem z naszymi dziećmi). I na szczęście tłumy turystów albo gniotły się wtedy w autobusach wahadłowych, albo ich autokary już odjechały odhaczać kolejny zabytek. Dość, że popołudniu na drodze podążaliśmy prawie samotnie. Nieco więcej pieszych było w przeciwnym kierunku.

Wspomniałam o bagażach. Postanowiliśmy bowiem spędzić noc w jednym z kilku hoteli na wyspie. Zabawa trochę kosztuje, jakość noclegu ma się nijak do ceny, rezerwować trzeba sporo wcześniej, ale warto było. Po pierwsze byliśmy z małymi dziećmi, wieczorem oglądali film w pokoju, a my na zmianę z L. spacerowaliśmy po wyspie (z maluchami też oczywiście wcześniej sporo pochodziliśmy). Poza tym spacer o wschodzie słońca - rzecz bezcenna.

I jak to bywa z punktami obowiązkowymi dla wszystkich wycieczek zorganizowanych, wystarczy odejść dwa kroki dalej i już tłumy znikają. Wszyscy się kłębią na głównej uliczce, ale wystarczy spróbować pozaglądać w boczne przejścia i już jest lepiej. A spacer wokół wyspy odbyłam prawie samotnie.

Miejsce magiczne.





To w drogę:


Spacer wokół wyspy o zachodzie słońca:








A to już poranek:



Pusta główna ulica o poranku:












4 komentarze:

  1. Wspaniałe miejsce i naprawdę niesamowita wycieczka!
    Tak mnie jeszcze nie było, więc miło było zwiedzić Mont Saint Michel (na razie) wirtualnie. :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Polecam :) To jedno z tych miejsc, które widzi się ciągle na zdjęciach, ale "na żywo" też zachwyca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest super, mimo tłumów turystów :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger