03 listopada

Miasto graniczne



Zawsze lubiłam miasta na styku dwóch państw. Tylko kilka kroków i już jest się w innym kraju czy świecie. Kultury przenikają i mieszają się. Z dzieciństwa zapamiętałam Cieszyn z wszechobecnymi napisami po czesku. Lubiłam też przekraczać granicę Czechosłowacji z Węgrami, zawsze w pierwszej miejscowości robiliśmy obowiązkowy postój, a ja dumnie kroczyłam do ABC (tak nazywały się tam sklepy spożywcze, czy nadal tak jest?) i zakupywałam mleko czekoladowe w woreczku i jogurt z owocami. Od Czechosłowacji ujechaliśmy tylko kilka kilometrów, a ja byłam już w innym świecie, świecie dobrze zaopatrzonych sklepów spożywczych.


Mam słabość do terenów przygranicznych. W górach lubię chodzić szlakami wzdłuż granicy. Jeden skok i jestem w czeskich Karkonoszach, kolejny przeskok i znowu w Polsce. Taka moja zabawa :)

Kiedy zamieszkaliśmy w Hiszpanii, zaraz chciałam pojechać do Llívii. Jest to hiszpańska enklawa na terenie Francji. W XVII wieku przeoczono kwestię tego miasta w traktacie i tak powstała Hiszpania we Francji (pisałam o tym tu: klik). 

Ale te wszystkie miejsca to tylko banalnie prosta sprawa. Jest granica, są dwa kraje i tyle. Niedawno przeczytałam natomiast o prawdziwym granicznym mieście. Tu nie ma prostej linii, czy enklawy. Tu Holandia i Belgia ułożone są w szachownicę. Uczciwie przyznam, że jeszcze tak nie byłam, więc nie jest to relacja naocznego świadka. Ale internet prawdę ci powie.

Na obrazku powyżej widać przebieg granicy holendersko-belgijskiej w Baarle. I jeszcze jedno ujęcie, tym razem w szerszej perspektywie: 




To się nazywa prawdziwe miasto graniczne! Część belgijska nazywa się Baarle-Hertog, a holenderska Baarle-Nassau. Podobno na terytorium Holandii są tam 22 eksklawy. Granice państw mają się przy tym nijak do układu ulic czy budynków w mieście. Przyjęto więc zasadę, że w przypadku domów leżących na terenie dwóch państw, o przynależności decyduje w którym kraju znajdują się drzwi wejściowe. Jest jednak budynek, którego drzwi są dokładnie pośrodku. Próbowano więc negocjować z właścicielem, żeby przesunął wejście w jedną czy drugą stronę, ale nieskutecznie. Drzwi nadal w 50% są w Holandii, a w 50% w Belgii. Nie było więc wyjścia, dom ma dwa adresy, jeden holenderski, drugi belgijski. W obecnych czasach to chyba dość wygodne rozwiązanie, zwłaszcza przy zakupach przez internet. Szczęśliwiec może kupować i w Holandii i w Belgii nie dopłacając za przesyłkę międzynarodową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger